niedziela, 16 listopada 2008

Dziewczyny na Ibizie









Sprawozdania z wypadu do Galicji się nie doczekaliśmy, więc teraz pora na Katalonie i Baleary.
Kolejna przygoda z Hiszpania zakończona. Po Vigo, Santiago de Compostela i La Coruna przyszedł czas na Barcelonę i Ibizę.
Cóż tu dużo mówić, dwa niesamowite miejsca, które nieźle nam wszystkim namieszały w głowach. Wypad 10 osobowy (wszystko polskie dzieci) zawdzięczamy znakomitej firmie Ryanair, która swoimi promocjami zwaliła nas z nóg. 4 bilety łącznie w cenie 0.04 euro centów. Kochamy low cost airlines! 
No ale do rzeczy. Hiszpania wcale nie przywitała nas z otwartymi ramionami. Pierwsza noc – 12 godzin na lotnisku niedaleko Girony. Koszmar. Gorzej. Wysiedziałam do 4 nad ranem grając w przedziwne gry, pijąc najdroższe wino (ceny na lotniskach sa okrutne :/). Po 4 moje baterie padły, a ja razem z nimi na niewygodne siedzenia na lotnisku. Jednak wszystkie lotniskowe męczarnie, zostały zrekompensowane pięknymi widokami z samolotu, Ibiza z lotu ptaka rozpieszcza wszytki zmysły!
Wyspa niewielka, wypożyczyliśmy wiec samochody i odkrywaliśmy ją kawałek po kawałku. Niestety 2 dni w raju to zdecydowanie za mało. Ibiza w listopadzie zaskoczyła nas niesamowicie łagodną pogodą, i spokojnym charakterem, To nie to same miejsce, jakie znają imprezowicze. Po sezonie miejsce te zamienia się sielankową krainę z pięknymi wyludnionymi plażami i miasteczkami gdzie spokojnie toczy się życie miejskiej ludności.
Na lotnisko wracaliśmy z poczuciem niedosytu… i obietnica ze wrócimy tu jeszcze na jakieś szalone party  (po którym zbankrutujemy, bo wyspa ta w sezonie nieźle bije po kieszeniach)

niedziela, 28 września 2008


Kilka dni temu mięliśmy szansę odwiedzić piękne pobliskie miasteczko – Povoa de Varzim. Położone nad oceanem, tak jak Viana, ale bez portu, wiec krajobraz jest mniej hmm… przemysłowy? Plaża w centrum miasta robi wrażenie. Woda jakby cieplejsza, słońce praży.. szkoda że nie zabrałyśmy bikini, wszystko dlatego że w sumie to pojechaliśmy tam służbowo  konferencja na temat światowej turystyki. Tak się przynajmniej domyślam, bo wszystko było po portugalsku. Także większą część konferencji sobie darowaliśmy i poszliśmy na plaże.
Od kilku dni uczę się nowego nawyku – nigdy nie być na czas. Tu poważnie mało kto się spieszy, a jeszcze rzadziej ktoś zjawia się na czas. Nawet kierowca naszego autobusu pozwolił sobie na 20 min opóźnienie. Zazdroszczę im tego spokoju, dystansu, wyluzowania…Ale! Prom na drugi brzeg rzeki (którym pływamy aby dostać się na plaże) odpływa zawsze o czasie! Dziś jak przykładni Portugalczycy odrobinkę się spóźniliśmy, a że akurat trwała sjesta, to dane nam było czekać półtorej godziny na kolejny! Także gdzie tu sens, gdzie logika?! Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, wolny czas pozwolił na integracje z Kacprem (Polska) i Birgit (Niemcy). Wymiana wrażeń, opinii, było ciekawie. Jest nas tu miliony, wiec integracja zajmie trochę czasu… Ale dajemy radę. Wykorzystujemy na to każda chwilę, nawet pranie bielizny :P Polecam wspólne z dziewczynami z Węgier i Grecji! Dosyć ciekawie wyglądał podział bielizny po wyjęciu z suszarki (która tak czy siak nie działała, wiec wszystko nadal było mokre), zwłaszcza między właścicielkami bielizny Victoria’s Secret.
A co więcej? Szukamy pracy, jakieś propozycje?

poniedziałek, 22 września 2008

Poniedziałek, czyli dzien drugi.

Nie wiem o co chodziło Portugalczykom podczas ustalania nazw dni tygodni, ale brzmią one jakby ktoś się pomylił. Tak wiec dziś jest Segunda-feira, a jutro (wtorek) Terca-feira… musieli po winie być.
Dodatkowo dziś rozpoczął się rok akademicki na większości uczelni w Portugalii, a razem z nim męczenie pierwszoklasistów. My w sumie też pierwszaki ale nas ominęło. Sposób w jaki się tu „koci” też jest dość ciekawy, nowi studenci podchodzą do obrządków z uśmiechem i mina im nie rzednie nawet kiedy maja klękać na chodniku bądź robić pompki, śpiewać, klepać się po karkach. No ale napisy na czołach, rysunki na twarzach, pomalowane ręce i tak bija wszystko na głowę zwłaszcza kiedy tak umalowany student wychodzi na ulice miasta. Zaobserwowaliśmy również że, kiedy portugalski student usłyszy: do you speak english? to już jest gdzieś daleko, uciekają aż się kurzy za nimi. Do tego dochodzi portugalska nieśmiałość i w ogóle możemy jak święte krowy chodzić nie tylko po ulicach ale i na uczelni.

Na fotce Martyna w tradycyjnym regionalnym stroju portugalskim.

niedziela, 21 września 2008

Tydzień w Portugalii zaliczony!

Przydałoby się jakieś podsumowanie... Cóż, jedna pewna rzeczą jest to, ze tu nic nie jest pewne, a dodatkowo: wszystko jest możliwe.
Pogody nie przewidzisz, raz słonce raz deszcz jak w filmach z bolywoodu 
Dosyć osobliwie poruszają się też mieszkańcy tego miasta na ulicach, jakby chcieli walczyć na klaty. Ida do przodu nie zważając na nic i na nikogo. A nasze białostockie babcie pchające się do autobusów i z prędkością światła zajmujące wolne miejsca to nic w porównaniu do starszyzny tutaj. Nie wiem skąd im się to bierze, ale trzeba będzie przywyknąć i nauczyć się na nowo chodzi po ulicach. Przejście przez sama ulicę to też niezła atrakcja. Kierowcy pędza tu jak wariaci a w ostatniej chwili zatrzymują się aby Ci ustąpić i to często w najmniej oczekiwanych miejscach.
Ze zdrówkiem już lepiej, jeśli zapalenie gardła można nazwać lepiej.
W naszej rezydencji co raz więcej ludzi, ale nadal pozostaje to kolonia polsko – litewska, jako, że jesteśmy w większości. Już sobie z Basia nawet głupie żarty na temat społeczności litewskiej robimy, a’la Chuck Norris czy twoja stara, aaaj, niedobre dziewczynki :P
Trochę bez ładu i składu ta notka, ale niedziela jest a tu w niedziele jakoś ciężko :P

sobota, 20 września 2008

18 Septembro 2008

No to mamy już czwartek. Pełne 4 doby w Portugalii już za mną. Jak wrażenia?
Miasto urocze, słoneczne. Viana mieści się w regionie o największych opadach, więc kiedy już pada deszcz to porządnie ale krótko, a za chwilę nie ma już ani jednej chmurki na niebie a o 20 w nocy jest 20 stopni ciepła)
Nie wiem jak to się stało, ale jestem chora! Grypa, przeziębienie, angina? Nie wiem, ale nie jest dobrze. Bolą mięśnie i kości i każe przełknięcie śliny jest niesamowita męczarnią. Zaczęło się wczoraj, mam nadzieje, ze jutro się skończy.
Więc z powyższego powodu z imprezowaniem słabo, ale co nie co już się widziało i gdzie niegdzie się już było. Najzabawniejsze było karaoke, gdzie wszyscy Portugalczycy śpiewali po hiszpańsku i angielsku. Mówię do mojego nowego portugalskiego znajomego (zawsze chętny jest do pomocy jak dobry starszy brat) – ha, więc mówicie po angielsku! A on: z mówieniem to różnie, ale śpiewamy świetnie! 
Jutro kurs portugalskiego wyjątkowo wcześniej, bo o 10. Dodatkowo w piątki w Vianie jest duży targ, gdzie można kupić różne tanie i oryginalne gadżety. Ale jak mi wiadomo od mojego nauczyciela niemieckiego ( a właśnie w końcu będę miała niemiecki!) wszystko co najciekawsze do 9 jest już rozebrane. Wiec jako że nie jestem w pełni sprawna, na targ uderzę za tydzień.

16 Setembro 2008

Lot do Porto nie obył się oczywiście bez dodatkowych wrażeń, a wszystko dzięki służbistycznemu podejściu pracowników lotniska do wykonywanych zajęć… wspominałam gdzieś, że lot odbywał się z Niemiec? :P

Także kiedy już Helga wydała zakaz przejścia dla mojej osoby – jako że podróżuje z 3 sztukami bagażu osobistego (torebka, laptop i zwykły bagaż podręczny) co na lotnisku w Gdańsku nie stanowiło najmniejszego problemu – zaczęło się kombinowanie. No ale jak przysłowie stanowi: Polak potrafi, tak i ja wcisnęłam torebkę do torby z laptopem i jakoś udało mi się pozytywnie przejść ponowną kontrolę u Pani Helgi. Choć musze przyznać ze byłam cała w strachu, kiedy Helga sprawdzała wymiary bagażu podręcznego każdego pasażera w specjalnym stojaku – bo moja torba mogła być odrobinkę za duzia? :P

Ale udało się! Hurra! Spoczęłam na miejscu w samolocie obok dziwnie pachnącego starszego portugalskiego małżeństwa. Cóż, nieprzyjemny zapach został wynagrodzony możliwością osłuchania się z językiem. Nadal jakoś nie mogę się przekonać do portugalskiego, jest w nim coś co mnie odpycha… zapach staruszków?

Lądowanie, brawa, fanfary wygrywane przez Ryanair, przestawianie czasu z zegarku, maraton po odbiór bagażu, marsz do informacji turystycznej, drukowanie mapy, maraton na stację metra. I tu pierwszy problem: jak kupić bilet w tej cholernej budce? Puk, puk, jest tam kto? Hm nie ma, języka jakoś tez nie udało mi się zmienić na angielski. Czas na znalezienie w Portugalii kogoś kto mówi po angielsku – ponoć trudne – tak mówią w Polsce. Padło na pana w średnim wieku, niestety wybór trefny, ale od razu wskazał mi młodego chłopca który ciągał wózki. Hurra, chłopiec mówi całkiem dobrze po angielsku, wyjaśnił ze maszyna przed którą stoję służy jedynie do doładowania karty biletowej! A nie do kupna nowej, hah… wiec tu był pies pogrzebany. Zaprowadził mnie w odpowiednie miejsce, pomógł kupić bilet, wyjaśnił co i jak. Jestem Ci dozgonnie wdzięczna chłopcu od wózków – jakiekolwiek Twoje imię!

Ale na tym nie koniec przygód, po 40 minutach udało mi się dostać na odpowiednia stacje metra, kupić bilet (kasjer tez mówił po angielsku!) wsiąść w odpowiedni pociąg, który przyjechał minutkę po odejściu od kasy (cóż za punktualność!) i wysiąść na odpowiedniej stacji gdzie miałam przesiadkę. A tu dopiero niespodzianka, godzina przyjazdu pociągu była co dwie minuty opóźnienia. Az w końcu po 3 godzinach czekania na skwarze (choć w sumie całkiem przyjemnie było, po tych 6 stopniach w nocy w Niemczech ;p ) przyjechał zupełnie inny pociąg, który również jechał w kierunku Viany. A pociąg którym powinnam była jechać? Ani widu ani słychu! Nikt nie widział, nikt nie słyszał, czeski film :P

Wysiadam na stacji, pisze sms do koordynatorki ze jestem już na miejscu (bo ktos miał po mnie tam przyjechać) w odpowiedzi dostałam prośbę „ wait a minute please, Vitor is coming to pick you up” hmm.. myślę ok., poczekam chwile. Wiedziałam, ze mój przyszły dom jest gdzieś niedaleko od dworca, ale nie miałam pojęcia w którą stronę no i nie znałam adresu. Vitor oczywiście zjawił się na dworcu – uwaga – po 2 godzinach! Droga autem do akademika zajęła nam całe 4 minuty! Myślę ze Vitor uważa mnie teraz za zimna, złowrogą (za przeproszeniem) bladź. Ale cóż ja poradzę, komuś musiało się oberwać :P

Na miejscu czekała już na mnie moja współlokatorka, jak się okazało bardzo sympatyczna i rozważna jak ja – Basia. Chwała niebiosom ze nie trafił mi się żaden szałaput! Hm… na miejscu kąpiel, rozpacz ze nie łapie neta w pokoju i trzeba będzie ciągłe w jadalni przesiadywać (cóż, jest i druga strona medalu – rewelacyjna droga, sprzyjająca integracji) i do łóżka.

Z rana (czytaj ok. 11) obudziły mnie odgłosy krążących w pobliżu mew i promienie słońca…